moje prawo do narodzin i śmierci

Chciałabym żyć w państwie, w którym mam wolną wolę i mogę decydować o swoim życiu. Szkoda, że nie mogę. Szkoda, że to, co napisano w preambule do Konstytucji mojego kraju, z 2 kwietnia 1997 roku, to puste słowa.

...ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej
 j
ako prawa podstawowe dla państwa
 oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości, współdziałaniu władz, dialogu społecznym oraz na zasadzie pomocniczości umacniającej uprawnienia obywateli i ich wspólnot.

Wszystkich, którzy dla dobra Trzeciej Rzeczypospolitej tę Konstytucję będą stosowali,

wzywamy, aby czynili to, dbając o zachowanie przyrodzonej godności człowieka, 

jego prawa do wolności i obowiązku solidarności z innymi,

 a poszanowanie tych zasad mieli za niewzruszoną podstawę Rzeczypospolitej Polskiej...



Dupa zbita.

Państwo, które nakazuje mi urodzić ułomne dziecko wbrew mojej woli, z narażeniem mojego życia, z narażeniem życia tego dziecka, to państwo, które nie tyle nie dba o zachowanie godności i o prawo do wolności. To państwo, które ma je całkowicie gdzieś.
Chore jest państwo, które skazuje mnie i moich najbliższych na cierpienie. Bo, poza - niewątpliwie - miłością i szczęściem, wychowywanie chorego człowieka, lub warzywa (tak, mam świadomość tego, co napisałam), to skrajne cierpienie; wiele z nas nie jest sobie nawet tego w stanie wyobrazić.
Mój kraj, to państwo, w którym nie mam wolnej woli, i swobody decydowania o swoim życiu, i o tym jak chcę, aby ono wyglądało. I to jest straszne. Taki kraj ja mam w nosie. Z takiego kraju chciałabym uciec, gdybym mogła.

Nie chcę żyć w kraju, w którym nie mogę zdecydować, czy chcę być matką, czy nie.
Nie chodzi mi tylko o aborcję. Bo co, jeśli bardzo chcę mieć dzieci, a nie mogę? Co, jeśli modlę się codziennie, co godzinę się modlę, żeby zajść w ciążę? Jeśli próbuję latami, sięgam po wszystkie możliwe środki, leki i terapie, i nic?
A jeśli jedynym rozwiązaniem jest metoda in vitro?
Nie, nie mogę mieć tego dziecka. Państwo mi zabrania. Ale inna kobieta, pobita wczoraj do nieprzytomności i pod płotem brutalnie zgwałcona przez czterech pijanych facetów, musi spłodzone z tego przepięknego aktu miłości dziecko urodzić. Bo to dar jest.
Nie chcę takich darów.
Nie chcę żyć w kraju, w którym muszę mieć dziecko, nawet jeśli nie jestem gotowa. Jeśli nie mam warunków. Jeśli nie chcę, po prostu nie chcę. Albo TERAZ nie chcę. W moim kraju, jeśli już zajdę w ciążę, muszę urodzić, nie ma zmiłuj. Nawet jeśli mnie zgwałcili.
Nawet, jeśli mam już szóstkę, i nie mam ich gdzie położyć spać, co włożyć do garnka, i butów na zimę dla czwórki z nich. Muszę mieć więcej, jeśli mnie pobłogosławiło kolejnym.
To ja dziękuję za takie błogosławieństwo.

Dziękuję także, za błogosławieństwo życia za wszelką cenę.
Chcę mieć prawo do swojego życia i decydowania o nim.
Nie chcę życia, kiedy jedyne co bym odczuwała, to cierpienie. Podwójne, bo do tego cierpienie moich bliskich. Kiedy stałabym się absolutnie nie zdolna do niczego, jeśli miałabym być warzywem. Nie chcę żyć, kiedy zaczynałabym gnić, a moi najbliżsi musieliby na to patrzeć. Kiedy musiałabym skazać osoby, które kocham najbardziej na świecie, na cierpienie i mękę patrzenia na to, jak ja cierpię.
Bo nikt mi nie wmówi, że życie, że wegetowanie, w terminalnej chorobie, i skrajne cierpienie, to uszlachetniające i uwznioślające. Co w tym uwznioślającego? Kogo to uwzniośla.
Chcę mieć prawo aby odejść godnie, i chcę aby takie prawo miał mój ojciec, moja matka, mój mąż. Nie wyobrażam sobie patrzenia na męki moich najbliższych.
Tak, też z egoizmu, oczywiście, nie wstydzę się do tego przyznać. Z egoizmu, bo gdy myślę, że okrutnym byłoby skazanie mojej mamy na patrzenie, jak umieram latami w strasznych bólach, to myślę egoistycznie, że nie wytrzymałabym patrzenia na to, jak ona to robi.
W imię czego miałabym wytrzymywać bezsilne obserwowanie agonii w mękach moich bliskich. W imię miłosierdzia? Ale jakiego miłosierdzia. Miłosierdzie, to AKTYWNA FORMA WSPÓŁCZUCIA. A nie bezczynne patrzenie na ból i skrajne cierpienie.

Niedawno Krzysztof Krauze powiedział o eutanazji wiele mądrych i pięknych słów. Dziś, kiedy słyszę, że zabieg przerwania ciąży, to wykonanie wyroku śmierci, podpisuję się pod nimi, dociskając pióro jeszcze mocniej:

Jestem za eutanazją, za paszportem do "dobrej śmierci".

Ja, który chorobę terminalną próbuję zamienić na chorobę przewlekłą, żądam takiego paszportu. I chcę go mieć u siebie w domu. Mam dość tyranii państwa i Kościoła. Chcę być sobą. Bycie sobą to również prawo do niebycia. Prawo, aby odejść godnie - bez wysokich pięter, torów, wanien krwi. Śmierć to czasami jedyne lekarstwo na życie. Chcę mieć do niego prawo. Chcę mieć na nie receptę, niech leży przy łóżku. I nie zawaham się jej użyć. Agonia w torturach z nagrodą w zaświatach? Pozostawiam ten radosny przywilej biskupom. I proszę mnie nie mamić, że cierpienie uszlachetnia. Że jest źródłem mądrości. Cierpienie jest bezcelowe, okalecza, odbiera rozum. Nawet na Krzyżu. Nikt mnie nie namówi, żeby w tym smutnym kraju, jakim jest Polska, dorzucać do puli swoje cierpienie. (…)


A te słodkie bajki, że każda matka, niezależnie od wszystkiego, kocha swoje dziecko?
Nie polewajmy wszystkiego takim lukrem, bo aż mdli. Czy skazanie matki (tak, bo to jest jak wyrok) na wychowywanie terminalnie chorego, ułomnego, skazanego na cierpienia dziecka, jest wspaniałym darem? Błogosławieństwem? Skrajna hipokryzja.
Mam wśród znajomych kilkoro rodziców niepełnosprawnych dzieci. To wspaniali ludzie, którzy zasługują na wielki szacunek i uznanie.
To umęczeni ludzie.
To ludzie, którzy, oczywiście, kochają bezgranicznie, poświęcili wszystko, aby dać godne życie swoim dzieciom, na tyle, na ile można.
To ludzie, którzy cierpią w cichości i samotności i pogodzeni ze swoim losem nie skarżą się, ale wiem, że mieli wiele chwil strasznych, wiele chwil załamania i myśli „za co mnie to spotkało”.
Czy bycie rodzicem powinno mierzyć się w tych kategoriach? ZA CO?
Nie wiem, czy byliby szczęśliwsi, gdyby mieli inne dzieci, albo gdyby nie mieli ich wcale. Nikt tego nie wie. Ale może ich życie potoczyłoby się inaczej, gdyby kiedyś mieli możliwość decyzji. Gdyby mieli możliwość wyboru.
Oczywiście, są rodzice w podobnych sytuacjach, którzy nigdy nie mieli takich myśli, ale dlatego właśnie piszę o wolnej woli każdego człowieka. O możliwości decydowania. A nie, że ktoś zdecyduje za mnie.

Istotą mojego istnienia jest wolność i prawo do jej zachowania i poszerzania.
Moja wolność, to wolność decydowania o sobie. Moja wolność, to prawo do zdecydowania, czy chcę być z kobietą, czy z mężczyzną, i prawo do tego, aby się tego nie wstydzić i nie chować po kątach. To prawo do tego, żebym nie musiała wstępować w związek małżeński, jeśli nie mam na to ochoty, aby dziedziczyć po swoim partnerze, albo dowiedzieć się o stanie jego zdrowia, gdy trafi do szpitala.
Moja wolność, to prawo do decydowania, że chcę i pragnę mieć dzieci.
To także prawo do tego, aby ich nie mieć.
Moja wolność, to prawo do decydowania, czy chcę urodzić dziecko, które ma pół mózgu, czy nie.
Wolność mojego życia, to też prawo, aby zdecydować o tym, że chcę, aby się zakończyło, gdy staje się ciężarem dla mnie, i moich najbliższych.
Trwa ładowanie komentarzy...