O autorze
Studiowałam Ochronę Środowiska na SGGW, Podyplomowe Dziennikarstwo na UW, oraz w Studium Literacko – Artystycznym na Wydziale Polonistyki UJ. Zadebiutowałam w 1995 roku tomikiem Ziarnko goryczy. W 2007 roku ukazał się mój drugi tomik; Okruchy tęsknoty. Zrealizowałam kilka filmów o tematyce ekologicznej, byłam stałą felietonistką miesięcznika literackiego Bluszcz. W kwietniu 2013 ukazała się moja pierwsza powieść pt. (nie)winna. W grudniu 2013 wydałam trzeci tomik poetycki - okno życia.

falują mi uszy, czyli znów o maratonie

Przebiegłam sześć maratonów. Pięć miejskich. Przedwczoraj nowość – maraton leśnowiejskopolny.

Maraton Mazury. Trasa to około 42.195, bo trudno na tych leśnych zbiegach i podbiegach określić ją co do centymetra. Jak powiedziała przed startem jedna z organizatorek, marzy o tym, aby był to maraton "butikowy", stąd limit trzystu uczestników. W sobotnim, brało udział dwustu czternastu, co dało mi wspaniałe ósme miejsce w mojej kategorii wiekowej kobiecej.
Jaram się.

Trasa maratonu biegła przez Puszczę Piską. Gdzieś między Gałkowem, Uktą, Iznotą, brzegiem jeziora Bełdany, wzdłuż rzeki Krutyni, w środku lasu, niewiadomo gdzie. Jak ktoś miał dobry gps, można było robić skróty i udając sikanie, "obciąć" sobie kilkanaście kilometrów. Można było nawet przejechać tę trasę na rowerze, mając przypięty numer startowy pod koszulką na przykład. Nikt nikogo nie sprawdzał. Żadnych stewardów, oznaczeń, ograniczeń. Biegliśmy czasami długie kilometry nie spotykając po drodze nikogo. Nawet współbiegaczy. Punkt pomiaru czasu był tylko w połowie.
Ale myślę, że nikt nie wpadł na pomysł żeby oszukać, i wszyscy ci, którzy radośnie krzyczeli na starcie, w swoim tempie dotarli na metę, pokonując całą trasę i na własnych nogach. Bo maraton, to tak naprawdę walka z samym sobą, i "ścięcie" kilku kilometrów, czy nawet metrów, to samooszukanie.
I co z tego, że na mecie lepszy czas. To siebie robisz w konia. Co to za różnica dla organizatorów, czy dla kogokolwiek, jeśli nie jesteś zawodowcem, rzecz jasna. Dla znajomych różnica? Że zrobiłeś maraton w trzy godziny, a nie w cztery? Ale jaki niesmak przed lustrem!

Ludzie, kiedy im mówię, że biegłam maraton, pierwsze pytanie jakie zadają, to "Jaki czas? Jaki czas?" Zawsze odpowiadam; pytajcie jak mi się biegło, a nie o czas. Jak się biegło, to jest zasadnicza kwestia.
Czas ma dla mnie wtórne znaczenie. Dla tych, którzy biegają zawodowo, jasne, jest najważniejszy, ale ja należę do grupy biegaczy falujących uszami.

Wymyśliłam to określenie, bo kiedy biegnę, to jestem jak szczęśliwy pies biegnący po łące. Widzicie takiego szczęśliwego psa z wywieszonym jęzorem? Najlepiej wygląda w zwolnionym tempie. Zawsze falują mu uszy, kiedy tak biegnie. Szczęśliwość absolutna.
I mi zawsze tak falują uszy podczas biegu. Szczęśliwość absolutna.

Bieganie to dla mnie czysta radość. Po prostu wkładam buty i biegnę. Bez liczenia kilometrów, bez pomiaru czasu, tempa, tętna. Ostatnio wykasowałam nawet z telefonu wszystkie programy liczące kilometry i podające z jaką prędkością zrobiłam kolejne okrążenie, ile mi jeszcze brakuje, żeby okrążyć ziemię, czy zbliżyłam się do swojego rekordu z kwietnia 2011, i czy Test Coopera wyszedł mi lepiej niż koledze, czy jednak gorzej.
Po co mi to.
Podczas maratonu krakowskiego, trzy tygodnie temu, pierwszy raz biegłam bez zegarka i telefonu. Na dziesiątym kilometrze wszyscy wokół nerwowo spoglądali na swoje "gadżety" – czy zmieścili się w swoim, albo trenera limicie czasowym na te dziesięć kilometrów, jak im idzie, jakie tempo, czy dobre, czy zgodne z wytycznymi, z planem, z treningiem.
A ja na luzie, z falującymi uszami. W ogóle nie miałam pojęcia na ile biegnę, czy minęła już godzina, czy jeszcze nie. Biegłam z prędkością, która mi pasowała i z którą czułam się dobrze. Tym sposobem bez stresu dotarłam na metę nie stając ani razu, a następnego dnia nie miałam kłopotu z zejściem ze schodów. Przecież i tak nie będę biła żadnych rekordów. Przecież i tak to jest walka tylko i wyłącznie moja ze mną.
Jeśli podczas kolejnego biegu uda mi się na mecie być szybciej – będę się cieszyć, ale będzie to zależało tylko i wyłącznie od mojego organizmu i kondycji tego danego dnia. Bo nie każdy dzień jest "biegowym dniem", każdy biegacz to wie. Czasem możesz być w świetnej formie, dobrze rozbiegany, przygotowany, wszystko na tak, a to po prostu nie twój dzień. I żeby nie wiem jak często patrzeć na zegarek i sprawdzać tempo – nie pokona się swojego organizmu.

Piszę z perspektywy oczywiście totalnego amatora, oraz biegacza, dla którego bieganie to szczęście i wolność, a nie rozpisane treningi. Naturalnie, mam duży szacunek do ludzi, którzy każdy dzień mają pieczołowicie ułożony, każdy trening rozpisany; dziś tyle i tyle skipów, tyle wieloskoków, podbiegów, jutro bieg łączony, na tempo szybsze niż maratońskie i szybsze niż gepard... Obliczają swoje V02max, czy inne tajemnicze wskaźniki. Tak chcą, ich prawo, respekt dla systematyczności i umiejętności podporządkowania się.
Magazyny biegowe też pełne są porad i planów treningowych. Maraton w 3.30? Nie ma problemu, oto twój plan treningowy na szesnaście tygodni.
I tak dalej i tak dalej.
Cała radość z biegania i z wolności, którą ono mi daje, poszłaby w piach; dosłownie i w przenośni.
Biegam, bo sprawia mi to przyjemność, żadne plany treningowe mi tego nie ułatwią, a wręcz narzucą rygor i musztrę, która z moim poczuciem wolności się nie łączy.
Ten wiersz, z mojego ostatniego tomiku, okno życia, jest kwintesencją tego, czym dla mnie jest bieganie.

Tata co jakiś czas pyta, po co męczę się w maratonach, że to takie wycieńczające dla organizmu i niezdrowe. Czemu nie mogę biegać w półmaratonach, albo biegach na dziesięć kilometrów. Otóż właśnie, bo dziesięć, czternaście kilometrów, to jest moje standardowe prawie codzienne, szczęśliwe wybieganie. A w niektóre dni robię dwadzieścia. Dla przyjemności. Takie odległości nie są dla mnie żadnym wyzwaniem, skoro nie biegam na tempo. Wyzwaniem jest walka, którą muszę stoczyć po trzydziestym kilometrze. Ooo, to, co się wtedy dzieje, i jakimi słowami się obrzucam, to nie wypada nawet po cichu teraz zacytować.

I o to wyzwanie w moim przypadku chodzi. Myślę, że jest więcej takich osób, i powinniśmy przestać się wstydzić, że robimy maraton w 4.40. Zauważyłam, że się wstydzimy. I tłumaczymy. I mówimy, eee, nie, bo wieeesz, czasem to się nie ma co chwalić…
No bo może nie ma się co chwalić, ale to trochę nie w tym rzecz. Oczywiście tak pięknie to klaruję, a potem jak przychodzi do konkretów i pytają o ten czas, to się zaczynam jąkać i tłumaczyć… No właśnie bez sensu.
Dlatego ukułam powiedzenie o szczęśliwym psie z falującymi uszami. I spotkałam podczas mazurskiego maratonu panią Kasię, która spytała mnie o czas. Wyłuszczyłam jej wtedy sprawę psa, na co ona, "Ooo tak!, to my też jesteśmy z tych psów!"
I strasznie się ucieszyła.
Bo właśnie bieganiem trzeba się cieszyć.

I ja się przedwczoraj cieszyłam przez te około 42.195.
Kibicujących? Zero.
A nie, przepraszam, dwóch bardzo przystojnych strażaków pilnujących trasy, jeden bezzębny staruszek z wiadrem, w jakiejś wioseczce po drodze, i mały chłopczyk, który na czterdziestym drugim kilometrze dał mi rumianek. Więcej kibiców nie było. A od dwudziestego pierwszego kilometra biegłam praktycznie sama. Sama w środku lasu – za mną nie widziałam nikogo, przede mną nikogo. Niesamowity obłęd (po biegowym wydzieleniu endorfin, takie frazy są jak najbardziej na miejscu). Podczas takiego maratonu, to dopiero człowiek może poczuć, że walczy absolutnie z samym sobą.
Wspaniałe przeżycie.
Właściwie nie wiem, do czego ten wpis zmierza. Miał być o radości biegania. O falujących uszach. O tym, żebyśmy nie wstydzili się, że robimy coś wolniej niż inni, i nie czuli się gorsi, tylko byli z siebie dumni. W odniesieniu do biegania – nigdy nie będziemy jak kenijskie gazele, i z tym też trzeba się pogodzić.

Poza tym, jak powiedział kiedyś Włodzimierz Szaranowicz, w sporcie, tak naprawdę, tak samo ważni są ci, którzy przegrywają.
Bez nich nie byłoby wygranych.
A w sporcie amatorskim; akurat piszę o bieganiu, bo bieganie "uprawiam"; moim zdaniem wszyscy jesteśmy wygrani, nie ma przegranych.
Wygrani są zarówno ci, którzy pokonują pięć kilometrów, i ci, którzy pokonują sto. I ci, z czasem 3.30 w maratonie, i ci, którzy biegną pięć godzin. Bez nas, falujących uszami, nie byłoby profesjonalistów. I chociaż do kenijskiej gazeli mi bardzo daleko, a w kontekście psów, w niczym nie przypominam charta, i raczej jestem jak taki zaśliniony labrador, jestem z siebie dumna i falują mi uszy. I tego uczucia wszystkim życzę.
Trwa ładowanie komentarzy...