O autorze
Studiowałam Ochronę Środowiska na SGGW, Podyplomowe Dziennikarstwo na UW, oraz w Studium Literacko – Artystycznym na Wydziale Polonistyki UJ. Zadebiutowałam w 1995 roku tomikiem Ziarnko goryczy. W 2007 roku ukazał się mój drugi tomik; Okruchy tęsknoty. Zrealizowałam kilka filmów o tematyce ekologicznej, byłam stałą felietonistką miesięcznika literackiego Bluszcz. W kwietniu 2013 ukazała się moja pierwsza powieść pt. (nie)winna. W grudniu 2013 wydałam trzeci tomik poetycki - okno życia.

na temat maratonu warszawskiego

Czas słabiutki w tym roku (668 miejsce wśród kobiet), coś poszło nie tak, mimo, że to czwarty maraton i wiem "z czym to się je". I przygotowanie było. No ale to przecież nie o to chodzi. Chodzi o uczestniczenie w wydarzeniu. Chodzi o przeżycia. Chodzi o pokonanie własnych słabości i przekonanie, że możesz wszystko. Chodzi o zjednoczenie się z tysiącami innych ludzi. Maraton to walka, maraton to nagroda, maraton to przeżycie.

Maraton to podniecenie, kiedy stoisz na moście w lekko zamglonym powietrzu i dla ciebie oraz jedenastu tysięcy pozostałych biegaczy śpiewa Czesław Niemen.
A potem strzał. A potem bieg. A potem 42 kilometry i 195 metrów do pokonania.


Chciałam podzielić się tym, co dla mnie jest pięknego w takim biegu; w samym już biegu, bo piękna jest cała otoczka i przygotowania. Merdałam ogonkiem już na tydzień przed maratonem, na samą myśl.
Ale bieg.

Naprawdę, ludzie się jednoczą!

Fantastyczni wolontariusze, którzy krzyczą do ciebie po imieniu (pod numerem startowym wydrukowane jest imię zawodnika), zagrzewając do biegu, do walki, godzinami stoją z wyciągniętą ręką, w której trzymają kubek, albo z tacą z bananami. Marzną, gorąco im, niewygodnie, tyle godzin stania, a jeszcze potem trzeba te kubki posprzątać, spakować. A oni się cieszą, są uśmiechnięci, radośni. I krzyczą.

Kibice.
Kibice dodają skrzydeł.
Myślałam, że Ursynów będzie najnudniejszą częścią trasy, tymczasem tak naprawdę wcale nie zwracałam uwagi na trasę, ponieważ świat przesłonili mi kibice.
Obcy ludzie, którzy uśmiechnięci i rozkrzyczani stoją wzdłuż drogi, klaszczą nieznajomym, krzyczą, ba - wrzeszczą, śpiewają, wołają po imieniu. Parokrotnie opadałam z sił, ale raz na przykład jakaś rodzinka skandowała na cały regulator: „da-waj mar-ta! da-waj mar-ta!” i to dodało mi skrzydeł. Dzieciaki, z którymi przybijałam piątki, starsi ludzie, którzy wyszli być może na spacer, a może wyszli kibicować i wymachiwali parasolką, wiwatując.
Komu? Nam. Nieznanym.

Zespoły muzyczne! No przecież chór w tunelu, na podwyższeniu, który śpiewał dla nas! Bębniarze. D-je. Wszyscy, no wszyscy.

Nie mówiąc o samych biegaczach, którzy wzajemnie dodawali sobie sił w trudnych momentach. Brali za rękę, masowali łydki gdy chwycił skurcz. Mnie poklepał po plecach dodając mi otuchy jakiś zupełnie przecież obcy chłopak, kiedy bardzo zwolniłam i właściwie zaczęłam iść. Odwrócił się jeszcze, uśmiechnął i powiedział, „damy radę”.
No i daliśmy.

Wzruszających momentów były mnóstwo; pan, który na koszulce z tyłu miał napisane „tata i…”, a obok niego biegła dziewczyna z napisem „…i córka”. Pani bardzo dojrzała, bardzo, siwiutka (wyprzedziła mnie na moście, skubana!;), a po jej obu stronach dwóch młodych mężczyzn – i tak przez cały bieg. A przecież na pewno mogliby biec szybciej, gdyby biegli sami. Para małżonków – ona w ślubnej mini i weloniku, on w czymś co przypominało mini-frak; i biegli za ręce, chociaż on pewnie biegłby szybciej, gdyby biegł sam. Nie mówiąc o skacowanym Angolu, który zrobił z nami ponad 16 kilometrów w jeansach, swetrze, koszuli i mokasynach. A tak sobie biegł, wypacając kaca…

Ale to jak widać nie tylko o prędkość chodzi, nie tylko o wynik. Bardzo to było widoczne. Wynik był dla wielu sprawą drugorzędną (chociaż naturalnie, ważną), ale najważniejsze chyba było to właśnie zjednoczenie, poczucie, że uczestniczymy w czymś wspaniałym.

No i ostatnie 195 metrów…
Wbiegając w tunel prowadzący na płytę stadionu, czułam się jak gladiator, nie znajduję teraz odpowiednich słów; gula w gardle, łzy w oczach, wiem, że łatwo się nakręcam i jestem egzaltowana, ale naprawdę, te ostatnie metry, wiwatujące tłumy na stadionie, ludzie wzdłuż barierek zagrzewający do ostatecznego wysiłku, no co wam będę pisać – była magia w tym wszystkim.

Dlatego wkurza mnie każdy narzekający na ten dzień. Na korki, na ZABLOKOWANE miasto, na powolną jazdę. Można było spokojnie się po Warszawie poruszać, nie trzeba było próbować jechać ulicą, którą akurat biegła trasa. Każde wielkie miasto ma swój maraton, to wspaniałe święto sportu, święto biegaczy, fantastyczne wydarzenie sportowe, powinniśmy się cieszyć, że tyle ludzi chce w tym uczestniczyć, że tylu mamy pozytywnie zakręconych, że tak potrafimy się łączyć i jednoczyć. Jasne, to wszystko brzmi bardzo pompatycznie, ale TAK WŁAŚNIE JEST.

I owszem, to Etiopczyk wygrał warszawski maraton, ale dla mnie wygrali wszyscy. Zarówno ci, którzy biegli, jak i ci, którzy w każdy inny sposób w nim uczestniczyli.
Trwa ładowanie komentarzy...